Kryzys w małżeństwie Urbańskiej i Józefowicza. Jak możemy przeczytać w "Rewii", w ostatnim czasie w domu Urbańskiej i Józefowicza zrobiło się nieciekawie. Wszystko przez spór małżonków o przyszłość ich 14-letniej córki Kaliny. Jak donosi tajemniczy informator, Kalina chciałaby występować w Teatrze Buffo, co bardzo cieszy
Ta książka pomoże Ci znaleźć przyczynę problemu a potem powie jak z nim zwyciężyć. 35,90 zł 39,90 zł. do koszyka. Kryzys w małżeństwie to jeszcze nie koniec świata. Zdarza się nawet w najlepszych małżeństwach. Najważniejsze, aby w porę zareagować i poczynić kroki, które nas z tego kryzysu wyciągną. Pomocą mogą być
Kryzys małżeński - rozwód czy ratowanie małżeństwa? Zdrada - Kryzys małżeński :: Forum Pomocy SYCHAR :: Uzdrowienie Małżeństwa Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie, którzy chcą ratować
Proszę o pomoc. Jesteśmy z żoną 4 lata po ślubie razem 11 lat. Znamy się jak łyse konie. Mamy 4 letniego syna. Do tej pory układało się nam jak to w małżeństwie raz lepiej raz gorzej lecz od stycznia przechodzimy kryzys. Nie mieszkamy razem już 2 miesiące.
Małżeństwo to nie tylko romantyczne chwile, ale także trudne momenty, które pojawiają się w każdym związku. Kryzys w małżeństwie to jedno z najczęstszych zjawisk, z którym spotyka się wiele par. Niezależnie od przyczyny kryzysu, może on wpłynąć na stabilność związku. Dlatego ważne jest, aby znać objawy, etapy i sposoby radzenia sobie z kryzysem w małżeństwie. […]
Co do nieważności małżeństwa - gdy kryzys jest tak szybko, gdy dochodzi do porzucenia żony w ciąży - nasuwa się myśl, że być może mężczyzna, który tak postępuje nie był zdolny do zawarcia małżeństwa. W takiej sytuacji małżeństwo może okazać się nieważne. To oznacza, że małżeństwa nigdy nie było.
samotność w małżeństwie - Netkobiety.pl Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy
FVCr5. Nie daj się ugotować! Żaba wrzucona do wrzątku wyskoczy natychmiast. Ale żaba włożona do zimnej wody i podgrzewana nie zauważy, że się ugotowała. Mimo że metafora ta nie znalazła empirycznego potwierdzenia, może pomóc nam w zrozumieniu, czym jest kryzys i jak z sytuacji kryzysowej można skorzystać. W kontekście metafory kryzys byłby momentem wrzucenia do gorącej wody, z której albo uda się szybko wyskoczyć, albo zostaniemy ugotowani. Doszło już chyba do tego, że wszelkiego rodzaju trudności traktowane są jako kryzys. Stąd pisanie o kryzysie staje się pisaniem o wszystkim. Takie podejście nie jest zgodne z pierwotnym rozumieniem tego pojęcia i - co gorsze - pozbawia nas możliwości rozumienia pewnych szczególnych i ważnych życiowych sytuacji; sytuacji, w których musi dojść do szybkiej i radykalnej zmiany. Hipokrates mówił o kryzysie w kontekście choroby. Jako lekarz za kryzys (krisis, z jęz. gr. sąd) uznał moment przesądzający o stanie chorego, czyli moment maksymalnego nasilenia objawów choroby, po którym dochodzi do radykalnej zmiany stanu organizmu: chory wyzdrowieje i będzie żył albo umrze. Podobnie kryzys rozumiany jest na gruncie psychologii. Lindemann i Caplan określili kryzys psychiczny jako reakcję człowieka zdrowego na sytuację trudną, w której dotychczas stosowane sposoby radzenia sobie stały się niewystarczające. Skutkiem kryzysu musi więc być radykalnie nowy - konstruktywny lub destruktywny - sposób funkcjonowania. Trzeba pamiętać, że kryzys psychiczny nie jest chorobą. Jest jedną z reakcji człowieka zdrowego na spotykające go trudności. Po kryzysie coś się zmienia, coś zostaje przesądzone. Efektem reakcji na kryzys musi być zmiana dotychczasowego funkcjonowania, ponieważ - i jest to w rozumieniu kryzysu bardzo ważne - dłużej już, tak jak dotychczas, żyć się nie da. Kryzys, jak pisał Allport, jest sytuacją emocjonalnego i umysłowego stresu, wymagającą zmiany perspektywy w ciągu krótkiego czasu. Kryzys nie jest zatem sytuacją stresu jakąkolwiek, lecz taką, która wymaga zmiany, i to zmiany w ciągu krótkiego czasu. Nie może trwać długo, ponieważ w czasie kryzysu człowiek przestaje sobie radzić i albo szybko wypracuje nowe sposoby konstruktywnego radzenia sobie z rzeczywistością, albo ponosi dotkliwe konsekwencje nieradzenia sobie. Czym więc jest tzw. trwający wiele lat kryzys małżeński? W wyżej przedstawionym rozumieniu to już nie kryzys, ponieważ szansa na szybką i radykalną zmianę nigdy się nie pojawiła lub została zaprzepaszczona. Cóż zatem? To oczywiście zależy od sytuacji, ale zazwyczaj jest to stan względnie trwałego zaburzenia relacji małżeńskiej; stan, w którym jest coraz więcej bólu i jednocześnie coraz mniej nadziei. To stan, który wymaga innego podejścia niż kryzys. Odwołując się do przytoczonej na początku artykułu metafory, należałoby stwierdzić, że tzw. przewlekły, chroniczny, długotrwały kryzys małżeński jest gotowaniem żaby, czyli powolnym jej zabijaniem. W tej sytuacji jest ona zupełnie bezbronna, ponieważ stopniowo przyzwyczaja się do niszczących ją warunków i nie widzi zagrożenia. To, co powszechnie nazywamy przewlekłym kryzysem, może w rzeczywistości okazać się stanem utrwalonej patologii. Zbyt dosadnie? Rzeczywiście, może lepiej mówić o długotrwałych trudnościach, trudnym życiu bądź pocieszać się stwierdzeniem, że człowiek do wszystkiego się przyzwyczai. Można też oddać się pracy, poświęcić dla dzieci albo rozpuścić odczucia w alkoholu. Ale może jednak warto nazwać rzeczy po imieniu po to, żeby sprowokować kryzys, czyli wyrwać żabę ze stanu groźnego uśpienia, obudzić ją i motywować do walki. Niekiedy zdrowsza jest sytuacja, w której musi coś się zmienić, niż rezygnacja połączona z usilnym przyzwyczajaniem się pod pretekstem, że nic nie da się zrobić. Kryzys jest swego rodzaju wstrząsem, motywującym do zmiany przebudzeniem, rodzącym przerażenie i bunt wyzwaniem. Jak wygląda to w życiu? Oto kilka przykładów, z których każdy można by zacząć od słów: "wszystko było dobrze, aż tu nagle…"; "uderzyłem po raz pierwszy żonę…"; "…zdradziłam męża - totalny szok!"; "od kilku miesięcy codziennie piję…"; "wykrzyczałam córce, że ją nienawidzę…"; "…zauważyliśmy, że już od wielu miesięcy nie rozmawiamy ze sobą, nie sypiamy razem". Być może niektórzy odruchowo próbują robić wszystko, żeby było tak, jak dawniej. Próbują wziąć się w garść i żyć bardziej uważnie, postanawiając, że już nigdy więcej. Próbują przebaczać, sądząc mylnie, że aby to zrobić, trzeba zapomnieć i żyć dalej, mimo wszystko. Wszystkie te strategie pozwalają zażegnać kryzys, zmieniając go, niestety, w stan… No właśnie, czego? Przedłużających się trudności, ciężkiego życia, a może zaburzenia i patologii. Stłumiony wybuch złości zaowocuje kolejnym wybuchem, pozornie zapomniana krzywda będzie obrastać murem żalu i skrywanej nienawiści, wyciszony lekami lęk powróci. Warto powiedzieć sobie, że po pierwszym akcie przemocy, po pierwszej zdradzie, po pierwszym bólu wywołanym samotnością we dwoje nigdy nie będzie tak, jak było wcześniej. Życie zmieni się dość poważnie. Być może małżonkowie zaczną się od siebie konsekwentnie oddalać, zamykać się w sobie, zakładać maski, zawierać każdego dnia na nowo pakt o nieagresji. Może być też tak, że ich toksyczny związek wzmocni i utrwali rodząca się powoli i niszcząca obie strony patologia. Mogą jednak skorzystać z szansy, jaką daje im kryzys. Może wypracują nowe bardziej konstruktywne sposoby radzenia sobie z agresją; staną się bardziej zdolni przebaczać; zaczną być bliżej siebie, kochając się bardziej dojrzale, czule i głębiej. Może - co też warto brać pod uwagę - zerwą swój niszczący, toksyczny, niedający nadziei na wspólne dobre życie związek. Na koniec chciałbym przypomnieć żabę - nie tę z biologicznych eksperymentów, którą ugotować trudno, ale tę z przytoczonej na wstępie metafory. Owszem, wyskakując z gorącej wody, można połamać sobie nogi, ale można też wskoczyć na wyższy poziom i jeszcze bardziej poczuć, że się żyje. Ważne, aby nie dać się ugotować. *** *ks. dr Wiesław Błaszczak SAC - doktor psychologii; duszpasterz, rekolekcjonista. Zajmuje się poradnictwem duchowym i psychologicznym oraz psychoterapią. Od 2003 r. prowadzi prywatną praktykę terapeutyczną w Ośrodku Terapeutyczno-Szkoleniowym OTS w Lublinie ( Artykuł ukazał się w Zbliżeniach nr 5 pt. "Kryzys". Zbliżenia to psychologiczne czasopismo dla małżeństw uwzględniające wartości chrześcijańskie.
Widok (11 lat temu) 17 stycznia 2011 o 00:14 czy dopadło to Was? u nas chyba tak, a jesteśmy po ślubie prawie 5 lat. Jak go pokonać? co radzicie? 0 0 (11 lat temu) 17 stycznia 2011 o 01:22 kryzysy są normalne, wręcz oczekiwane w małżeństwie - można się dzieki nim wzmocnić jako związek, ale można też na nich polec - jak przy każdym trudnym zadaniu. Nie ma na to jednej recepty, bo każdemu związkowi co innego "dolega", ale warto poszukać gdzie się zaczeło, co nie działa, postawić "diagnozę". To podstawa i to przychodzi często najtrudniej. A potem wolą dwóch osób (rozmowa, rozmowa, rozmowa) zebrać pomysły jak to zmienić, naprawić, odnowić. Najważniejsze i najpotrzebniejsze jest ZAANGAŻOWANIE... 3 0 (11 lat temu) 17 stycznia 2011 o 05:33 skorupka chetnie z toba pogadam 1 0 ~KL (11 lat temu) 17 stycznia 2011 o 06:34 ja też popieram fakt ,że to całkiem normalne :) czasem dopada na s dół -wydaje mi się ,że bierze się to stąd ,że często tak jest ,że nasze życie to taka trochę monotonia-praca,dom,dziecko czasem wyjście ale generalnie ciągle to samo i czasem tak się zbiera ,zbiera i uzbiera kryzys :)głowa do góry to minja naprawdę z to mija po paru dniach 0 0 ~mi (11 lat temu) 17 stycznia 2011 o 08:06 a ja uważam, że samo nie mija u nas było tak - tez czekaliśmy az samo sie rozwiąze nawet rozmowy nie pomagały niestety - i jedno szczescie ze oboje podjelismy decyzje ze potrzebujemy pomocy osób trzecich którzy sie tym zajmują profesjonalnie od sierpnia uczeszczamy na terapie 2 razy w miesiącu mamy spotkania i wiem ze gdyby nie to nie byłoby szansy dla nas 0 0 ~ja (11 lat temu) 17 stycznia 2011 o 08:21 ..........za 4 godz mam sprawe rozwodową takie kryzysy różnie sie kończą byłam zona 3 lata 0 0 ~mmm (11 lat temu) 17 stycznia 2011 o 08:50 Najważniejsze, wg mnie, jest podejście na starcie zmagania się z problemem. Jeśli mamy taką filozofię, że jak się nie udaje, to po co się męczyć, lepiej się rozejść, to praca nad związkiem, nawet przy pomocy specjalistów, może niewiele przynieść. Jeśli priorytetem jest dla nas małżeństwo, to jesteśmy w stanie dużo zrobić, by kryzys przetrwał. Nie mówię tu o jakimś uporczywym tkwieniu w czymś co i tak sensu nie ma. Jednak czasami warto powalczyć, chociaż sukces wydaje się nierealny. Mąż i ja wiemy co to kryzys. Bywało źle ale dla nas priorytetem jest rodzina i zawsze staramy się zrobić wszystko, by było lepiej. U nas działa. Mamy świadomość, że nie wszystko za nami, że może nas jeszcze dopaść kryzys. Postanowiliśmy, że minimum dwa razy w roku gdzieś pojedziemy na wakacje, czasami dłuższe, czasami kilkudniowe - wiadomo, z finansami i czasem wolnym różnie jest. Dla nas to lekarstwo idealne. Momentami rutyna, codzienność nas dobija, wręcz warczymy na siebie. Wystarczy spakować się, pojechac gdzieś na trzy dni i wracamy spokojniejsi, szczęśliwsi do domu. W naszym przypadku to działa idealnie. Ważne, by wyjechać w inne miejsce, odpocząć od codziennych spraw. Acha, małe dzieci nie są problemem (bo zaraz ktos mi napisze, że nie ma gdzie ich zostawić). My jedziemy z dziećmi. Może jest trochę trudniej, trochę mniej zwariowanie ale dla nas to akurat nie problem bo oboje jesteśmy zakochani w swoich dzieciach. I wolimy pomęczyć sie z nimi, niż pojechac bez nich i ciągle zastanawiać się, co robią. 1 0 ~mama (11 lat temu) 17 stycznia 2011 o 12:40 tak roznie sie koncza czasem jak w moim przypadku on czekal az ja podejme decyzje o rozstaniu jak czas pokazal tylko o to mu chodzilo bylam zona ponad 3 lata 0 0 ~skorupka76 (11 lat temu) 25 stycznia 2011 o 21:30 pogadam jak wrócę, teraz wyjechałam z dziećmi do rodzinki 0 0 do góry
"micszpak Dum Deus et SYCHAR sunt, fervet opusImię małżonka/i: HeniekJestem: w kryzysie małżenskimStaż małżeński: 17 Dołączyła: 23 Paź 2006Posty: 50Skąd: Dolny ŚląskWysłany: Dzisiaj 1:39 Unus, jeśli w 100% wierzysz, że możesz być z żoną szczęśliwy, i wiesz, że jest niedojrzała jak dziecko, potraktuj ją jak dziecko właśnie. Jest taki program super niania czy jakoś tak. Tam bachory też chorują z głupoty i trzeba im tę głupotę z główki wybić siłą - dosłownie SIŁĄ! Mówisz, że chłopak ma 16 czy 17 lat. Więc gdzie mieszka? Gdzie spotyka się z Twoją żoną? Gdzie ona mieszka, odkąd wyprowadziła się od Ciebie? - Możesz ją po prostu wziąć za fraki i wyprowadzić od tego dziecka. - Możesz zagrozić prawnym opiekunom nieletniego, że wystąpisz przeciwko nim na drogę sądową i zażądasz za ich nieudolną opiekę nad fagasem odszkodowania za sterane zdrowie, pewnie prawnik znalazłby paragrafy. - Możesz również zastanowić się, czy warto obstawać przy świętości Twojego małżeństwa, którego być może nie ma i nigdy nie było. Bo skoro już kilku księży dało Ci do zrozumienia, że Twoje małżeństwo można unieważnić, może to znaczyć, że go przed Bogiem nigdy nie zawarłeś. Kościół po to ustanowił unieważnienie, żeby - wtedy, gdy istnieją przesłanki - bez wyrzutów sumienia z niego skorzystać i wyjść z tej matni, na którą dobrowolnie się skazujesz. Nie jestem sędzią, nie głoszę chwały rozwodów i wiem, że dałbyś wszystko, żeby ratować wasz związek, ale jeśli tego związku od początku nie było i nie ma szans, aby kiedykolwiek był - Twój upór i Twoja obrączka nie mają fundamentu w sakramencie. Więc o co się masz modlić? Nie twierdzę, że tak jest, ale - MOŻE? Pomyśl i o tym, przemódl to, zaproś żonę na jakieś długie rekolekcje. Musisz stanąć w prawdzie - jak skała - silny - oddany Bogu. Nie mów o sobie, żeś "jak baba". Kiedy zaczniesz działać, rozlazła "babowatość" zniknie i poczujesz się lepiej, zobaczysz! _________________Mona
Szanowna Pani, Piszę do Pani w związku z problemem, jaki dotknął nasze małżeństwo w tym roku. Jesteśmy razem od 15 lat (poznaliśmy się w liceum), mamy dwuletnie dziecko. Do niedawna wydawało mi się, że wszystko dobrze się układa - w ubiegłym roku podjęliśmy starania o drugie dziecko, zaczęliśmy budowę domu. Jednak pod koniec ubiegłego roku mój mąż, w następstwie rozmowy z kolegą, który jest na etapie rozwodu, stwierdził, że w naszym małżeństwie nie było jednak tak różowo, i jak to powiedział "przejrzał na oczy". Prawdą jest, że rzeczywiście to On zawsze wyznawał mi miłość, On był od dawania uczucia, mnie zdarzało się to rzadko. Nasze współżycie też odbiegało od ideału, chyba po prostu wydawało mi się, że nie muszę się jakoś szczególnie starać, bo jakoś to będzie, bo przecież się kochamy, nadajemy mimo wszystko na tych samych falach, mamy podobne poczucie humoru, i jak to sobie zawsze podkreślaliśmy - nie wyobrażamy sobie życia bez siebie. Po rozmowie z kolegą mąż wybrał się nawet do seksuologa, który chyba jeszcze bardziej utwierdził Go w przekonaniu, że nie jesteśmy zbyt dopasowani. W końcu mąż postanowił o tym wszystkim porozmawiać ze mną, ale ja Go odtrąciłam, zła, że nie przyszedł z tym wszystkim do mnie w pierwszej kolejności, tylko podejmował takie kroki za moimi plecami. Padło wiele przykrych słów z mojej strony, których nie jestem w stanie sobie wybaczyć. Kiedy mąż zakomunikował mi, że On już nie widzi szansy dla naszego związku, po raz pierwszy w życiu się przestraszyłam - tak mną ta rozmowa wstrząsnęła, że wizja utraty człowieka, którego tak mocno kocham (a którego do tej pory często raniłam słowami i nie tylko) spowodowała, że "obudziłam się" i zrozumiałam swoje błędy. Chciałam wszystko naprawić, mąż zresztą widzi, że się zmieniłam i to docenia. I tak jak na początku wydawało Mu się, że już nie ma dla nas szansy, że powinien się wyprowadzić, tak po jednym z wyjazdów służbowych wrócił i stwierdził, że nie wyobraża sobie życia bez nas i że nigdzie się nie wyprowadza. Minęło półtora miesiąca, ale nic niestety nie zaskoczyło - mąż od czasu naszej ostatniej kłótni widzi we mnie jedynie matkę naszego dziecka i jak twierdzi, nie czuje żadnego pożądania do mnie, coś w Nim pękło i obawia się, że jest to nieodwracalne. W konsekwencji postanowił ostatnio wyprowadzic się jednak, mając nadzieję, że jest to jedyna szansa na uratowanie naszego związku i wierząc w to, że rozłąka obudzi w Nim dawne uczucia, a tęsknota za mną i domem spowoduje zmianę Jego nastawienia. Nie wiem co robić, boo kocham tego człowieka ponad wszystko na świecie i oddałabym wszystko, żeby móc cofnąć czas.. On widzi moje zmiany, docenia, ale co z tego, skoro jest już chyba za późno.. Bardzo proszę Panią o poradę co mogę w tej sytuacji zrobić? Mam tyle miłości, która chciałabym Mu dać, tyle planów na naszą wspólną, nową przyszłość, które chyba się nigdy nie zrealizują..jestem załamana. Zastanawiam się nad sensem terapii małżeńskiej, chociaż z drugiej strony, nie wiem czy mój mąż po prostu nie postawił już na mnie krzyżyka i mówi o wyprowadzce w kategorii ratowania naszego małżeństwa dla świętego spokoju, żeby mnie jeszcze bardziej nie ranić. Czy widzi Pani jeszcze dla nas szansę? Z góry dziękuję za odpowiedź. z poważaniem, Agnieszka
Karolinkaaa2017 Dołączył: 2017-08-15 Miasto: Liczba postów: 60 15 sierpnia 2017, 22:07 Witam, pisze na forum bo nie mam z kim o tym pogadać. A sytuacja mnie 3 lata po ślubie, przed ślubem byliśmy 4lata razem. Przed ślubem były wzloty i upadki. Raz lepiej raz gorzej ale zawsze udawało Nam się przejść problemy i żyć dalej. Po ślubie sytuacja się zmieniła. Kupiliśmy dom wzięliśmy kredyt. Nie mamy dzieci, mój mąż nie może mieć dzieci. Ja nie nalegam, kilka razy padło słowo in vitro. Ale mąż twierdzi że to jest drogie i na tym temat ucichł. Przed ślubem to ja zarabiałam kilka razy więcej od męża niestety jakiś czas temu sytuacja się odwróciła. A co za tym idzie zmieniła się nasza sytuacja materialna. Nie jest kolorowo, nie odpływy w luksusy ale stać nas raz do roku na zagraniczne wakacje, wypad na weekend. Niestety dla mojego męża to za mało, przyzwyczaił się do poprzedniej sytuacji i do tego że nie musieliśmy liczyc pieniędzy bo zawsze było ich nadto i nie przejmowaliśmy się sprawami bieżącymi jak rachunki czy zakupy. Teraz wygląda to inaczej ale mi to nie przeszkadza. Wiadomo każdy chce zarabiać coraz więcej ale zmieniłam pracę zarobki też. Nic nie poradzę na to że zarabiam mniej. Nigdy nie wypominalam mężowi że zarabiał mniej niż ja. Nawet przed ślubem mój i jego zarobek był naszym wspólnym i razem go wydawaliśmy. Teraz cały czas słyszę że ja mało zarabiam że jestem utrzymanka, że to przeze mnie mamy mniej kasy itp itd. Doszło do tego że kłócimy się o wszystko, zaczynając od małych pierdol po większe dycyzje. Coraz częściej pada słowo rozwód. Już kilka razy usłyszałam że to ja mam się wyprowadzić bo to jego dom bo on płaci kredyt. Ale o tym kto tankuje samochody płaci za jedzenie to nikt nie myśli. Aby było lepiej jestem w stanie odmówić sobie nowej torebki czy butów by mąż karnet na basen czy siłownię bym znowu nie usłyszała że za mało zarabiam i na nic nas nie stać. Sama nie pamiętam kiedy kupiłam sobie coś nowego a tylko słyszę że jestem na jego utrzymanie i całymi dniami nic nie robię ( mam nielimitowany czas pracy i często jestem w domu, bo w nim pracuje). Jestem na skraju załamania nerwowego. Nic mnie nie cieszy, nie mam ochoty wychodzić ze znajomymi, na dostatek smutki zajadam co również przyczyniło się do tego że przytyłam ok 20kg i nie dość że jestem utrzymanka to jeszcze jestem gruba. Seks w naszym małżeństwie to obowiązek raz na kwartał jak nie rzadziej. Nigdy nie dziecko bo wiem jaka jest sytuacja i że w naszym wypadku to nie będzie proste ale z wiekiem coraz częściej odzywa się instynkt macierzyński i zazdroszczę koleżanka które są mamami. Nic nie mówię by znowu nie wywoływac kłótni. I tak usłyszę że nie stać nas na dziecko, poza tym dziecko to obowiązek a on nie chce dzieci bo dzieci go wkurzają itp. Staram się dawać z siebie 100% gotowanie sprzątanie pranie nawet typowe męskie zajęcia typu koszenie trawy czy wymiana żarówki. O te męskie zajęcia nigdy nie mogę się doprosić męża bo twierdzi że nie ma czasu pomimo że kończy pracę o 15stej. Jako że często pracuje w domu to jak twierdzi mój przecież to nie jest praca więc mam w domu ogarniać dosłownie wszystko :( Zamknęłam się w sobie, nie mam nikogo kto by mnie zrozumiał i czuję się okropnie. Mąż w weekendy wychodzi z kumplami na miasto a ja zostaje sama z butelką wina :( Nie wiem co mam robić. Terapia nie wchodzi w grę bo on nigdy się na to nie zgodzi. Twierdzi że on nie ma problemu. Tylko to wszystko przeze mnie i to ja mam problem bo mamy mniej kasy i nie na wszystko nas nie stać. Z miesiąca na miesiąc jest tylko gorzej. Czuję się nic nie warta i nie wiem co że sobą zrobić. Myślałam że wspólne wakacje za granicą czy wyjście na kolację pomaga ale niestety wszystko kończy się kłótnia i mąż traktuje mnie jak powietrze albo jeśli chce pogadać ucina temat myślę sobie że będąc w innym związku nie miałabym takich problemów np. nie czekaliby mnie inspirują vitro (o ile kiedyś do niego dojdzie, bo Jaśnie Pan może zawsze twierdzić że nie chce dzieci). Nigdy tego nie wypominalam mężowi clby nie robić mu przykrości ale on mi przykrości nie oszczędza. Odnosi się do mnie gorzej niż do zwierzęcia :( Przepraszam że się tak rozpisalam ale musiałam sobie kto mnie wesprze w problemie bo nie wiem co że sobą zrobić. Dołączył: 2009-05-18 Miasto: Rajskie Wyspy Liczba postów: 86172 15 sierpnia 2017, 23:20 Raczej bym nie wierzyła w to, że jak zaszlabys w ciążę to nagle by się obudziły w nim pokłady rodzicielskiej miłości...zwłaszcza, jeśli macie problemy i bez in vitro w ciążę nie zajdzisz. Nie możesz zmusić go do on się stresuje tym, że nie daje rady zarobić tyle, by pokryć Wasze potrzeby. Może wcale psychicznie nie czuje się super z tym, że Ty rezygnujesz z rzeczy dla siebie, żeby on na coś miał. Z tym, ze to jednak Ty zapewnialas Wam lepszy byt. Facetom ciężko jest się przyznać do takich porażek, a tak pewnie myśli. Może to rodzi w nim kolejne frustracje. Naiwnie myśląc oczywiscie, ale kto wie... Karolinkaaa2017 Dołączył: 2017-08-15 Miasto: Liczba postów: 60 15 sierpnia 2017, 23:21 Moze przeczytaj sobie ksiazke o kobietach, ktore kochaja za bardzo. Przykre co piszesz... a nawet zalosne... Za forse kupowac szacunek dla siebie.... nie no... bez jajNie chcę kupować szacunku. Ale mnie zrozumialyscie. Mówię tylko że tak się wtedy czułam. Nie czuję się teraz źle że zarabiam mniej bo mam pracę z której czerpie satysfakcje i nie muszę się płaszczyć przed szefem. Karolinkaaa2017 Dołączył: 2017-08-15 Miasto: Liczba postów: 60 15 sierpnia 2017, 23:23 cancri napisał(a):Raczej bym nie wierzyła w to, że jak zaszlabys w ciążę to nagle by się obudziły w nim pokłady rodzicielskiej miłości...zwłaszcza, jeśli macie problemy i bez in vitro w ciążę nie zajdzisz. Nie możesz zmusić go do on się stresuje tym, że nie daje rady zarobić tyle, by pokryć Wasze potrzeby. Może wcale psychicznie nie czuje się super z tym, że Ty rezygnujesz z rzeczy dla siebie, żeby on na coś miał. Z tym, ze to jednak Ty zapewnialas Wam lepszy byt. Facetom ciężko jest się przyznać do takich porażek, a tak pewnie myśli. Może to rodzi w nim kolejne frustracje. Naiwnie myśląc oczywiscie, ale kto wie...Też o tym myslalam ale tyle razy chciałam z nim o tym pogadać i nic. Nie powiem że kilka razy podczas kłótni o kasę powiedziałam że ma iść na drugi etat jak tak mu zle. Mnie jakoś nikt nie żałował gdy pracowałam całe dnie. Niestety wtedy jest jeszcze gorzej. Ani prośba ani groźba :( Karolinkaaa2017 Dołączył: 2017-08-15 Miasto: Liczba postów: 60 15 sierpnia 2017, 23:25 pianazbialek napisał(a):Karolinkaaa2017 napisał(a):Posterisan napisał(a):Serio, facet nazywa cię gruba utrzymanką, a ty chcesz sobie dzieciaka z nim robić? Może ja się nie znam, nie jestem w końcu mężatką. Ale dla mnie to jest jakich chory na etapie że tak mocno odezwał się instynkt macierzyński że gdyby jutro mi powiedział że jedziemy do kliniki to bym od razu się spakowała i jechała. Nie zważając na to jak jest między więcej moze jestem glupia ale w duchu myślałam że może gdybyśmy mieli dziecko byłoby inaczej. nawet jeśli on się zgodzi na to dziecko, to nie powinnaś go mieć, bo zafundujesz dziecku fatalnego ojca i życie, chciałabyś żeby tak samo jak ciebie a może i gorzej traktował dziecko, żeby miało traumę? On się zmieni, jak schudniesz i przyniesiesz do domu pieniądze. Nie miej złudzeń. To nie jest materiał na ojca ani męża. W małżeństwie ludzie powinni się wspierać kiedy jest źle, a nie kochać tylko kiedy jest dobrze. Ludzie się rozwodzą, kredyt was wcale nie wiarze, on może cię spłacić, może wziasc cały kredyt na siebie. Ludzie mają kredyty a się tak ale dlaczego jak zajmuje się cudzymi dziećmi nie sprawia mu to problemu i nie widać że go dzieci drażnią czy denerwują ? Tego nie mogę zrozumieć. Dołączył: 2011-09-10 Miasto: Warszawa Liczba postów: 11259 15 sierpnia 2017, 23:25 Przykre, ale chyba faktycznie trafiłaś na kogoś, kto był z Tobą dla pieniędzy. Ja bym na razie zacisnęła zęby i skupiła się na rozwijaniu firmy i zadbaniu o siebie. A potem bym się zastanawiała dalej. Według mnie nie warto teraz robić rewolucji. Rozwód w tej chwili i walka o wszystko wcale nie poprawią Twojej sytuacji. Jakoś strasznie Ci ten mąż kołków na głowie nie ciosa, chociaż Cię nie szanuje. Ale mimo wszystko masz dach nad głową i możesz pracować. Zdystansuj się, nie odpowiadaj na zaczepki, nie poruszaj tematu dzieci. Zacznij żyć własnym życiem. Odbij się od własnego dna. A jak już się odbijesz, to Twoje decyzje będą z zupełnie innej pozycji. Dołączył: 2017-05-09 Miasto: Za Górami Liczba postów: 70 15 sierpnia 2017, 23:27 Karolinkaaa2017 napisał(a):smoothmoves napisał(a):Karolinkaaa2017 napisał(a):Tak przed ślubem ustalimy że chcemy dzieci. Wiedzieliśmy już wtedy że nie będzie to proste i czeka nas in vitro. Jakoś nigdy wcześniej nie mówił że mu dzieci przeszkadzają i ich nie chce. A dla mnie ostatnio to duży problem. Oglądając zdjęcia koleżanek i ich dzieci łzy cisna mi się do oczu :(W takim razie odwołaj się do tego co ustalaliście. Normalnie tracę wiarę w ludzi - na każdy problem małżeński prawie jednogłośnie na forum zapada wyrok: najlepszy takie mamy czasu że najprościej się się odwołuje do tego co kiedyś mówił to on stwierdza że teraz myśli inaczej. Nie lubi dzieci, nie chce się nimi zajmować. A gdy już mu przyjdzie się chwilę zająć np podczas grupa dzieckiem znajomych to widzę że dobrze się bawi i nie sprawia mu to kłopotu. Jedynka on twierdzi że cudze co innego bo jest na może jednak tego kretyna pobronie, bo jednak każdy ma prawo zmienić zdanie. To lepiej żeby miał dziecko mimo, że go nie chce i go nie kochał, czy lepiej że powiedział prawdę, że teraz się zmienił i myśli inaczej? Bo chyba lepsza ta druga opcja. Ja nie jestem za rozwodami, kiedy oboje chcą ratować związek, widzą problemy, chcą zmiany, ale tutaj facet jak sama piszesz obraża cię, krzyczy, nie wspiera w trudnych monetach, wykorzystuje, wyręcza się tobą, a w kłótniach używa wulgaryzmów. Serio? To jest normalne? Ja jestem z takiej rodziny, i pamiętam jak było mi źle w dzieciństwie, dlatego mam nadzieję, że nawet jeśli zmusisz męża do posiadania dzieci to nie uda Ci się zajść w ciążę, bo dziecko zaluguje na dobrego ojca i na matkę, która zamiast własnych potrzeb (bo ja chcę mieć dziecko za wszelką cenę) myśli o jego dobru. Ogarnij się dziewczyno. Jak będziesz miała 50lat i wtedy to naprawdę będzie ciężej zrealizować te marzenia będzie cholernie za późno. On się zmieni? Taaa, jasne, takie rzeczy to w filmach. Dołączył: 2017-05-09 Miasto: Za Górami Liczba postów: 70 15 sierpnia 2017, 23:29 Karolinkaaa2017 napisał(a):pianazbialek napisał(a):Karolinkaaa2017 napisał(a):Posterisan napisał(a):Serio, facet nazywa cię gruba utrzymanką, a ty chcesz sobie dzieciaka z nim robić? Może ja się nie znam, nie jestem w końcu mężatką. Ale dla mnie to jest jakich chory na etapie że tak mocno odezwał się instynkt macierzyński że gdyby jutro mi powiedział że jedziemy do kliniki to bym od razu się spakowała i jechała. Nie zważając na to jak jest między więcej moze jestem glupia ale w duchu myślałam że może gdybyśmy mieli dziecko byłoby inaczej. nawet jeśli on się zgodzi na to dziecko, to nie powinnaś go mieć, bo zafundujesz dziecku fatalnego ojca i życie, chciałabyś żeby tak samo jak ciebie a może i gorzej traktował dziecko, żeby miało traumę? On się zmieni, jak schudniesz i przyniesiesz do domu pieniądze. Nie miej złudzeń. To nie jest materiał na ojca ani męża. W małżeństwie ludzie powinni się wspierać kiedy jest źle, a nie kochać tylko kiedy jest dobrze. Ludzie się rozwodzą, kredyt was wcale nie wiarze, on może cię spłacić, może wziasc cały kredyt na siebie. Ludzie mają kredyty a się tak ale dlaczego jak zajmuje się cudzymi dziećmi nie sprawia mu to problemu i nie widać że go dzieci drażnią czy denerwują ? Tego nie mogę cudze dzieci na godzinę to nie to samo co swoje na całe życie. Bo dziecko to jest wyrzeczenie. A może tak naprawdę on by chciał mieć dziecko, ale nie z Tobą, tylko czeka aż pojawi się inna, a z tobą jest do tego czasu, nie możesz tego wykluczyć w sytuacji w której jesteś. Obudź się, samymi Twoimi chęciami nie uratujesz tego małżeństwa. sofro 15 sierpnia 2017, 23:30 Karolinka, albo ty cos nie rozumiesz z zycia, albo zadna osoba na tym forum nie rozumie zycia. Tlumaczysz sie juz 5 strone - i w sumie nie wiadomo co chcesz udawadniac. Dupka nie da sie obronic. Strach, ze sobie sama nie dasz rady - tez jest taki troche patykiem na wodzie pisany - jestes sama, wiec nawet jako wspollokatorka mozesz placic polowe czynszu). Jaki sens siedziec w zwiazku i marzyc o zdradzie? Facet ci zarzuca, ze jestes jego utrzymanka a chcesz fundnac sobie dziecko z nie jego sperma.... czyli nastepna osobe na jego utryzmaniu. Powaznie tak wyglada wg ciebie szczescie?Naprawde nie rozumiesz prostego przekazu jaki ci facet daje? Nie kocha cie i nie szanuje, bo za malo zarabaisz. Seksu nie ma bo za malo zarabiasz. Dziecka nie ma bo za malo zarabiasz. Czego tutaj nie rozumiesz?Nikt ci nie zarzuca, ze odeszlas z dobzre platnej pracy, po co o szefie wspominasz? Tutaj an forum nie ma tego twojego buca, abys musiala o tym mowic. Edytowany przez 15 sierpnia 2017, 23:32 Karolinkaaa2017 Dołączył: 2017-08-15 Miasto: Liczba postów: 60 15 sierpnia 2017, 23:30 AgnieszkaHiacynta napisał(a):Przykre, ale chyba faktycznie trafiłaś na kogoś, kto był z Tobą dla pieniędzy. Ja bym na razie zacisnęła zęby i skupiła się na rozwijaniu firmy i zadbaniu o siebie. A potem bym się zastanawiała dalej. Według mnie nie warto teraz robić rewolucji. Rozwód w tej chwili i walka o wszystko wcale nie poprawią Twojej sytuacji. Jakoś strasznie Ci ten mąż kołków na głowie nie ciosa, chociaż Cię nie szanuje. Ale mimo wszystko masz dach nad głową i możesz pracować. Zdystansuj się, nie odpowiadaj na zaczepki, nie poruszaj tematu dzieci. Zacznij żyć własnym życiem. Odbij się od własnego dna. A jak już się odbijesz, to Twoje decyzje będą z zupełnie innej pozycji. No na chwilę obecną nie widzę innej życie bez miłości i seksu jest dla mnie bardzo trudne. Nawet jedzenie obiadu jest jakaś porażka skoro się do siebie nie odzywamy i każdy patrzy w swój telefon albo tv :( to mnie tak Dołuje że nawet na pracy mam problem się co najlepsze powiem Wam dziewczyny ze Nasi znajomi uważają Nas za parę idealna bez problemów. "Bo ona go nie ogranicza, on wychodzi sam, ona sama, czasem razem na imprezę wśród znajomych" - małżeństwo idealne. Dołączył: 2016-08-11 Miasto: Liczba postów: 1930 15 sierpnia 2017, 23:34 Karolinkaaa2017 napisał(a):No tak ale dlaczego jak zajmuje się cudzymi dziećmi nie sprawia mu to problemu i nie widać że go dzieci drażnią czy denerwują ? Tego nie mogę tak mam. Jestem miła dla cudzych dzieci i umiem się nimi zająć, do tego stopnia że słyszę, że byłabym świetną matką. Ale nie byłabym i nie chce i już. Czułe podejście do dzieci nie ma tu znaczenia. Więc w tej kwestii w 100% go rozumiem. Może zmienił zdanie, a może dojrzał do tego poglądu. Albo najzwyczajniej w świecie wizja posiadania potomstwa nigdy nie przyprawiała go o zachwyt, ale nie miał odwagi o tym mówić, bo widział, że tobie zależy. Edytowany przez Posterisan 15 sierpnia 2017, 23:47
kryzys w małżeństwie forum